Miejsca

Dźwięczące ciszą łuki w Chur

24 stycznia 2016

Chur przywitało mnie świecącym prosto w oczy słońcem w zenicie. Nie byłabym sobą gdybym nie przeoczyła informacji turystycznej dokładnie na przeciwko peronu na którym wysiadłam, przeszła całe miasto sama i po trzech godzinach wróciła na dworzec, no bo przecież, gdzieś ta informacja musi być… To co urzeka w tym mieście, bez względu na to czy błądzi się po niewłaściwej jego stronie, czy podziwia się uroki starówki to fakt, że jest ono otoczone górami absolutnie z każdej strony. Najstarsze miasto w Szwajcarii w zimie podświetlone reflektorem słońca.

Pięłam się więc w górę starówki mniejszymi i większymi uliczkami. Tak naprawdę to historię tego miasta można głównie zobaczyć w kościołach, bo gdyby wykluczyć budynki sakralne to mamy klimatyczne małe miasto z główną ulicą zakupową, świetnie wyposażonym liceum i nowoczesnym dworcem. Co do kościołów, to jednak lata bycia ciąganym po klasztorach, kapliczkach, kościołach mniejszych i większych przez rodziców, po latach buntu wszelakiego okazuje się, że na co prawda jeszcze dyskusyjną starość, ale zostałam miłośniczką sztuki sakralnej. Sklepienia krzyżowe zapierają mi dech,  a chłodny kamień i cisza uzależniają i magnetyzują. Im większa prostota tym większy mój zachwyt. Na szczęście do katedry St. Maria Himmelfahrt i kościoła St. Luzi trafiłam bez pomocy pań z informacji turystycznej. Ten drugi mimo, że mniejszy, położony jest nieco wyżej i widok z placu przed kościołem jest bajeczny. W środku też zachwyca. Ma położną pod ołtarzem kryptę, którą kiedy odkrywałam czułam się jak Indiana Jones tylko z mniejszą ilością odwagi i przydatnych narzędzi.

Jednak to wspomniane wcześniej panie sprawiły, że mój wyjazd do Chur był pełny. Bardzo chciałam wjechać gdzieś górską kolejką i móc podziwiać te góry z trochę wyższego poziomu. Nie będę ukrywała, że patrząc na te góry czułam się jak dwulatka zadzierająca głowę, żeby dojrzeć czubek świątecznej choinki. A ja chciałam zobaczyć tę gwiazdę na czubku z bliska! Kiedy dotarłam do stacji kolejki na Brambruesch pomyślałam sobie, że jeśli to tam u góry, co widać z dołu, to proszę państwa, szału nie będzie. A to co widziałam to jak się okazało, była stacja, na której przesiadłam się do małej bujającej się gondolki, która zawiozła mnie do najpiękniejszej zimowej krainy. Z zaczarowanym pociągiem, chatkami dymiącymi z kominów i ośnieżonego lasu, w którym kiedy zamarło się w  bezruchu można było zanurzyć się w ciszy. Po spacerze usiadłam nad kuflem piwa w jednej z drewnianych chatek i zaczytałam się w Febliku, co chwilę niemo śmiejąc się do siebie czytając zabawniejsze momenty.

Powoli się ściemniało, a piwo się wypijało, lokal też jakby opustoszał. Gdyby nie młody szwajcarski żołnierz ze znajomością angielskiego mogłabym nie zrozumieć pani, która uprzejmie, choć w szwajcarskim dialekcie niemieckiego, próbowała poinformować mnie, że za piętnaście minut zjeżdża ostatnia kolejka i jeśli jej nie złapię, to utknę na górze. W sumie chętnie bym utknęła, gdyby nie fakt, że następnego dnia od wczesnego świtu czekała na mnie praca. Zjechałam więc ostatnim kursem i jak zwykle wyczerpana zasnęłam w pociągu. Tym razem jednak obudziłam się na właściwej stacji.

 

Podziel się z innymi:
0

You Might Also Like