Myśli różne

Sztuka otrzepywania tyłka

17 stycznia 2016

Wybierałam się na łyżwy przez ostatnie dwa tygodnie. Za każdym razem otrzymywałam jasny i to prosto z nieba znak, że chyba jednak nie… bo lało. Albo lało i wiało na raz. Jeśli można się schować pod parasolem to spacer w deszczu jest przyjemny. Jest rześko. Ale jakoś nie widziałam nigdy na lodowisku nikogo wyglądającego jak Mary Poppins. Łączy nas zawód, a niestety nie spadanie z nieba z parasolem w ręku. Dlatego kiedy przyszedł mój dzień wolny byłam nastawiona raczej na kolejny dar z nieba. Tym razem jednak pozytywnie mnie zaskoczył. Prószył lekko śnieg, temperatura w okolicach zera i dzieci jeszcze w szkołach. Nie sądziłam, że wybranie się na łyżwy po pięcioletniej przerwie na lodowisko w kraju, którego języka jeszcze nie posiadłam tak mnie rozwinie. Miałam wrażenie, że każdy element tego popołudnia wymagał ode mnie pokonywania własnych ograniczeń.

Wybrałam się sama i dopiero jak dojechałam do lodowiska zdałam sobie sprawę, że mało kto chodzi na lodowisko sam. Jest to taka forma aktywności sportowej, która stanowi urozmaicenie czasu wolnego i ludzie po prostu zamiast na piwo idą na łyżwy. Żeby było zabawniej drugą grupą są rodzice z małymi dziećmi, które stawiają swoje pierwsze kroki na tym śliskim gruncie. Więc po pięciu latach z lekką nutką niepewności i troszkę większą lekkiego zażenowania weszłam na lód. Na szczęście matki były zajęte dziećmi, a młodzież sobą. Więc powolutku trzymając się bandy. Potem jeszcze wolniej odpychając się lewą nogą. Potem oddalenie się od bandy. Przez dłuższy czas już mi się wydawało, że zostanę takim jednonogim łyżwiarzem. Odepchnięcie się prawą noga wydawało mi się poza zasięgiem przynajmniej jak na pierwszy raz po przerwie. I wtedy uświadomiłam sobie jak wiele jest we mnie jeszcze z dziecka, którym byłam.

Przez ostatnie lata dużo udało mi się zrobić. Wyrosłam na raczej odważną i silną kobietę. A odpychając się tą lewą nogą uświadomiłam sobie, że jestem sobie na tym lodowisku jak ta czteroletnia Agunia, która stojąc na dziecięcych nartkach na bardzo małym pagórku, tak naprawdę nie bała się jechać. Bała się upaść. I znowu odpychając się po raz kolejny lewą nogą uświadomiłam sobie, że muszę upaść. Jak nie upadnę, będę dalej asekuracyjnie ślizgać się bez żadnego postępu. Więc zaczęłam podnosić tą prawą nogę. Najpierw przy bandzie, potem od bandy do bandy, a potem… zaczęłam jeździć w końcu jak człowiek. I kiedy siadłam z impetem na tym lodzie, bardziej ucieszył mnie ten upadek niż fakt, że ogarnęłam tę jazdę i już bliżej mi było do tej odważnej kobiety, która wstaje, uśmiecha się sama do siebie, otrzepuje tyłek ze śniegu. I zaczyna jechać jeszcze szybciej. Ten upadek jeszcze bardziej dodał mi odwagi. I z jeszcze większą radością upadłam po raz drugi. Bo chyba tak właśnie jest nie tylko na łyżwach, że jeśli podniesiesz się  po porażce, zapamiętasz czemu upadłeś to z większą nadzieją jedziesz dalej licząc na to, że ta wiedza pozwoli Ci uniknąć kolejnego upadku. Tylko sęk w tym, że tej wiedzy nigdy nie przyswoimy w całości. Zawsze coś nas zaskoczy i musimy się liczyć z tym upadkiem. Na szczęście zawsze będzie liczyć się to ile razy pozbieraliśmy się i otrzepaliśmy tyłek ze śniegu.

Podziel się z innymi:
0

You Might Also Like