Miejsca

Wiedeń – Dzień drugi – Vienna – Day Two

19 lipca 2016

Jeśli pomyśleliście sobie, że pierwszy dzień był intensywny to już samo czytanie o drugim dniu może Was zmęczyć. Polecam zaopatrzyć się w orzeźwiający napój i wyciągąć się na kanapie, a czytanie tego posta może jednak bardziej Was zrelaksuje niż zmęczy. Taką cichą mam nadzieję.

Dosłownie zerwaliśmy się o świcie. Nie oszukujmy się. Co jak co, ale siódma rano w dzień wolny to blady świt. Ale mieliśmy plan. Już o ośmej trzydzieści trzech muszkieterów i ja przejęliśmy salon fryzjerski mamy naszego kolegi. Mężczyźni poddali się tradycyjnej usłudze męskiej. Mycie, umiarkowane strzyżenie i stylizacja. A ja poszłam na całość. Postanowiłam zostać Irlandką. Jaki kolor włosów najbardziej pasuje bladolicej z zielonymi oczami, latem obsypanej piegami? Rudy! I tak w dwie godziny stałam się rudzielcem. Teraz się zastanawiam jakim cudem nie urodziłam się z takimi włosami. Na wyspach spokojnie wtopię w tłum.

Piękni i zrelaksowani wybraliśmy się na śniadanie. Ten dzień ewidentnie należał do tych cheat days. Te naleśniki z owocami nie tylko pięknie wyglądały, ale również obłędnie smakowały. Pełni energii, a w moim przypadku lekko przerażeni wybraliśmy się w kierunku kolejnej atrakcji. Małymi gokartowymi samochodzikami w oldschoolowym wydaniu mieliśmy zwiedzać Wiedeń. Gdyby ktoś dał mi normalny samochód do prowadzenia i powiedział a teraz jedziemy przez całe centrum Wiednia, grzecznie bym wyśmiała i oddała kluczyki. Prawo jazdy mam, ale nie dane było mi przerobić tych tysięcy kilometrów, które sprawiają, że człowiek czuje się pewnie w każdym aucie i w każdym mieście. Katowice i stare Renault to bardziej mój poziom opanowany w stopniu dobrym. Nie wiem czy to była presja towarzystwa, wyzwanie (nie ma to jak wziąć mnie na ambicje) czy po prostu magia chwili. Ale po piętnastu minutach śmiganie 60km/godzinę przez długi, wiedeński most było niczym innym tylko frajdą. Zmienianie pasów w samochodziku, który dla większości normalnych samochodów jest niewidoczny zakrawało o sporty ekstremalne, ale daliśmy radę. Zostały genialne wspomnienia i świetne zdjęcia.

Wykończeni słońcem i emocjami pojechaliśmy się przebrać na wieczór w winnicy. W ciągu 15 minut jazdy z gwarnego Wiednia znaleźliśmy się w oazie spokoju. Wzgórza, krzaki winogron, zachód słońca i rewelacyjne wino. Bajkowe zakończenie drugiego dnia. No tak w sumie to nie zakończyliśmy tam tego dnia, a wręcz kolejny zaczęliśmy tym razem na prywatnym tarasie. Ale o tym ciiii… 😉

If you have thought that the first day was intense there is a high chance that even just reading about the second day might make you tired a little bit. So I suggest to grab a nice drink and lay comfortably on the couch. Then I hope reading this post might be more relaxing than tiring. At least I hope so.

We got up with an early dawn. Let’s be honest. Whatever you say seven o’clock on your free day is almost the middle of the night. But we had a plan. At half past eight three musketeers and I entered the hairdresser’s and took it over. Men decided to do what usually men do at hairdresser’s. Washing, small cutting and styling. I went crazy. I wanted to become an Irish girl. What hair colour matches the best someone who has pale skin, green eyes and freckles all over body? Ginger! And in two hours I became one. Now I wonder how it happend that I wasn’t born with this kind of hair.

Beautiful and relaxed we went for a breakfast. This day was a one of my cheat days. That is for sure. These pancakes not only looked amazing but they were also delicious. Full of energy and a little bit terrified in my case we went for another attraction. In small, oldschool go carts we were going to go sightseeing. If someone had given me a regular car and told me we were going to drive through the city center of Vienna. I would politely laugh him down and give the keys back. I have my driving license, but I haven’t driven these thousands of kilometers to actually feel comfortable in every car and in every city. Katowice and an old Renault are my level that I mastered well. I don’t know if that was the pressure of my companions, the challenge or the magic of a moment. But after fifteen minutes driving 60km/hour was nothing but great fun. Only changing the lanes while most of the big cars didn’t see you was a little bit like extreme sports, but we made it. Great memories and cool photos are what is left.

Exhausted because of the sun and emotions we went to change our clothes for an evening in the vineyard. In 15 minutes we went from busy Vienna to peaceful hills. Growing grapes, sunset and delicious wine. A fairytale end of the second day. Well… We didn’t actually ended it there. We even started the next one on a private terrace… But about this… Hush 😉

Podziel się z innymi:
0

You Might Also Like