Miejsca

Zjazd bez sanek w Arosie

31 stycznia 2016

Kiedy poczułam i zobaczyłam w ciągu tygodnia jedenaście stopni i prawie wszystkie możliwe oznaki wiosny stwierdziłam, że ja tak tego nie zostawię. Koniec stycznia, a zaraz dziewczyny wyskoczą w sandałkach (bo chłopaków, w krótkich spodenkach już przyłapałam). Postanowiłam za wszelką cenę poszukać zimy. Takiej prawdziwej z puszystym śniegiem i szczypiącym chłodem w nos.

Z Chur pięłam się w górę czerwoną koleją. Za każdym małym tunelem wyglądałam śniegu i z każdym wyłonieniem się na świat zaczynałam być trochę załamana. Nawet w lasach położnych dość wysoko, śnieg pozostał pod postacią marnych placków. Jednak pokonanie kolejką 1182 metrów wysokości już na stacji w Arosie dało po sobie poznać. Ulice były ośnieżone i już z tego miejsca można było zobaczyć najbliższe, pokryte śniegiem góry. To mnie jednak nie zadawalało. Do tego miasteczka nie przyjechałam podziwiać architektury. Chciałam zimy z prawdziwego zdarzenia. Gór i błękitnego nieba.

Stacji kolejki nie trzeba było długo szukać, bo znajduje się ona dokładnie po drugiej stronie torów kolejowych. Po upewnieniu się u pań w okienku, że jest bezpieczna droga aby samemu zejść ze szczytu do miasteczka, kupiłam one way ticket. Chciałam pięknych widoków, ale miałam wewnętrzną potrzebę opłacenia ich wysiłkiem fizycznym. Wygodne wjechanie, zrobienie zdjęć i zjechanie, po prostu nie jest w moim stylu. Za to jak się okazało, w moim stylu jest efektowne zjeżdżanie z dwuipółtysięcznika na tyłku. Na Hörnli (2511 m n.p.m.) wjechałam kolejką i stałam tam u góry, oniemiała z wrażenia. Uwieczniłam to spełnione zamówienie błękitnego nieba, słońca, białego puchu i rześkiego powietrza.

Czas było schodzić. Otuchy dodał mi fakt, że tuż przede mną zaczęły schodzić dwie starsze panie. To, że miały kijki i buty śniegowe, a ja jeansy jeszcze na tym etapie nie dało mi do myślenia. Ale już dziesięć minut później, kiedy okazało się, że mam tak śliską podeszwę butów trekkingowych, że nie mam szans zejść w pewnym miejscu, jednak poruszył moje szare komórki. Jednak nie złagodził mojego uporu. Zejdę sama, choćby to miał być ostatni dzień moich jeansów. O odwrocie nie było mowy. Jak się okazało, nie tylko jeansy ucierpiały. Było sporo odcinków, na których musiałam siadać i zjeżdżać, bo o chodzeniu nie było mowy. Słońce jednak mi dopingowało i na bieżąco suszyło najbardziej zamoczoną część mojej garderoby.

Kiedy wydawało mi się, że droga robi się już znacznie łagodniejsza, nie po raz pierwszy okazało się, że owszem, wydawało mi się. Stanęłam w miejscu, w którym łączył się szlak pieszy z narciarskim. Co oznaczało, że ci, którzy zdecydowali się pokonać tę trasę jedynie korzystając z możliwości swoich nóg, mieli nie lada wyzwanie przed sobą. Ten odcinek był nie tylko najdłuższy, ale także najbardziej wyślizgany przez narciarzy. Stanęłam na jego początku i stwierdziłam, że pół biedy jeansy, ale mój tyłek może tego nie wytrzymać. Spojrzałam, więc na moja torebkę, czule się z nią pożegnałam (tak na wszelki wypadek) i wykorzystałam ją jako jabłuszko. I ten zjazd to chyba była największa zabawa tego dnia. Bardzo uradowana zatrzymałam się obok dostojnego Szwajcara, godnie wstałam z torebki i otrzepawszy tyłek ucięłam sobie z nim krótką rozmowę na temat tego, jakże trudnego na piesze wycieczki miejsca.

Idąc dalej spotkałam dwie panie z początku drogi, które pogratulowały mi, że jak na to przygotowanie to radzę sobie świetnie. Mówiły mi to w momencie, w którym szłam już z torebką w ręku, ponieważ poprzedni zjazd zakończył się urwaniem długiego paska. Co oznaczało, że brakowało mi tylko serialowych szpilek na Giewoncie. Jednak zachęcona ich troską o moje losy dołączyłam do serdecznych pań na przerwę w Mittelstation. Gorąca czekolada i makaron ze smażoną cebulką i musem jabłkowym dodały mi sił, żeby pokonać resztę trasy. Od tego miejsca schodzenie to już był lekki spacerek.

Przyznam szczerze, że byłam lekko zawiedziona brakiem konieczności ponownego wykorzystania torebki jako sanek. Z lekkim zapasem czasowym dotarłam na stację, ogrzałam się gorącą herbatą i po raz kolejny w swoim życiu zasnęłam w pociągu. Obudziłam się w Chur, gdzie przesiadałam się do pociągu jadącego do Zurichu. Zagadał do mnie Niemiec, który z wielką pasją opowiadał o swojej pracy. Buduje tunele w górach dla pociągów. Żyje swoją pasją z dzieciństwa. A kiedy opowiadał o trasach, jakie dzięki tunelem mogą pokonać pociągi w górach, oczy błyszczały mu jak u dziecka otwierającego wymarzony prezent. A ja doskonale go rozumiałam. Wrócę jeszcze do Arosy z prawdziwymi sankami.

Podziel się z innymi:
0

You Might Also Like